Blog Joanny Chołuj o kulturze, duchowości, edukacji, leczeniu naturalnym, o alternatywnej wizji świata i prawdziwej historii Polski Lechii
Kategorie: Wszystkie | Ego sum | bosko | edukacyjnie | kulturalnie | podróżniczo | zdrowo
RSS

podróżniczo

niedziela, 15 października 2017

DSC_00841

Coraz więcej starych drewnianych domów w Świdrze znika pod murowaniem, pod cegłą, pod bieleniem.

Nie będę wchodzić w szczegóły bo się nie znam i nie chcę oceniać. Dom moich rodziców również doznał takich zmian już "wieki temu". To dom drewniany, obmurowany. I rozumiem, że taniej jest tak zrobić, niż odnowić restaurować konserwować utrzymać w dobrym stanie stare drewno, zwłaszcza jeśli nie było utrzymane dobrze, byłą wilgoć... Ale żal - żal widoku tych drewnianych małych domów, tych drewnianych rozbudowanych willi z werandami... Żal tak samo jak wycinanych terenów porosłych sosnami wycinanych (coraz więcej.. ) na potrzeby.. prywatne czasem? (budujemy nowy dom), mi nieznane? (skwerek przy torach w Świdrze - być może chodzi o przedwsięwzięcie pt tunel most na Świdrze...

 Mi żal.. starego Świdra, tak samo jak starego Piaseczna. No nie jestem nowoczesna. Jestem tradycjonalistką. Wolę piaszczyste drogi, nie asfaltowe. Wolę minimum asfaltowych dróg w małych miasteczkach i na wsiach. Wolę zachowanie lasu za wszelką cenę, a tu słyszę o dawnych już planach drogi asfaltowej przez środek Świderskich leśnych wrzosowisk i terenu skarłowaciałych sosen .. Kto zna, wie o czym mówię :(

sobota, 19 sierpnia 2017

 

 

 

 

 

 

 

 

Białystok zawsze mnie przyciągał. Nie, wcale nie był czysty i odnowiony. Ale urokiem przypominał od zawsze mi... Warszawę. Tak, bo i w Białymstoku są te pięknie zdobione kamienice - na nich mozaiki, żłobione portrety możnych i królów, i malowane obrazy, zupełnie jak na Starym Mieście w Warszawie. 

 

A dziś Białystok ma już pięknie odnowiony Rynek, tam deptak, wokół mnóstwo kawiarni, których nawet jeszcze rok  temu nie było w takiej ilości. 

Trafiliśmy 15go sierpnia na jarmark wschodni, z przybyszami z Białorusi i Ukrainy, i tam sery i wędliny i wyroby regionalne mieszały się z Podlaskimi. 

Przyjemnie. Sporo obcokrajowców. 

A nieco dalej już dawno ładnie odnowiony Pałac Branickich i ich ogród - zbyt dla mnie regularny i francuski. Ale.. taki styl 

Ma urok - choć jak pomyślę ile pracy trzeba w to włożyć, przycinanie krzewów też zdaje mi się zbyt cywilizowane.. Ogród angielski wolę i permakulture czyli mieszankę wszystkiego ze wszystkim i naturalny chaos który jest prawdziwym uporządkowanym ekosystemem. 


Nie byliśmy w tym roku u Branickich, więc zdjęcia są z rynku, Polecam odwiedzić Białystok. tym bardziej, że trasa jest niemal ukończona i jedzie sie z Warszawy bardzo szybko.

To dobry przystanek w podróży po Podlasiu - kawa w Wedlu albo lody regionalne w innej kawiarni, potem góra Grabarka i polskie meczety.. i wszędzie po drodze pięknie zdobione ukwiecone chaty.

 

 

Na Podlasiu malwy sięgają drewnianych starych okien na haczyki.

Nie ma sensu robienie sobie makijażu

Dzieci cały dzień bawią się wodą

Stara ciocia , siostra mojej babki plecie podlaskie wiejskie koszyki , z nudów

a potem idzie wyciągnąć z grządki kilka ogórków, na ochłodę.

I wyciąga dziwną butelkę plastikową po jakimś napoju od wnuków, w którą wsadziła kilka ogórków i zakisiła, jak w słoiku, bo szkoda było tę butelkę wyrzucić.. Tam się nic nie marnuje. Tam nie ma śmietnika, choć trzeba zań płacić..

Tam wszystko da się spalić pod kuchnią, wyrzucić na ogród, na stertę gnoju, pod drzewo.. Rozłoży się i użyźni glebę.

 

Tam rąbie się drzewo siekierą. Albo wali kijkiem w pieniek, jak ciocia zabierze siekiere. Tam nawet mój starszy syn zdejmuje buty na piaszczystej drodze. Ziemia i zieleń przyciąga i kusi.

Odstresowuje. Zabiera cały prąd, cały ogrom nieprzyjemnej negatywnej energii, który generuje cywilizacja. Tam ziemia naprawdę uziemia. PRzyjemniej

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

00:20, joannacholuj , podróżniczo
Link Komentarze (1) »

Na Podlasiu można wypocząć. I owszem. Cięzko się umyć, choć można u studni, w misce czy balii.

Można się nabawić kilku pryszczy jak kto delikatny :)

Ale można się i dobrze bawić i cudownie odpocząć. Zero stresu. Telefon najlepiej wyłączyć lub wyciszyć.

Niebo czyste, żadnych chemtrailsów, a w nocy miliony gwiazd.

Drewniane jeszcze chaty.

Krowy konie. Dzikie zwierzęta leśne.

Chodzenie boso.

 

 

 

 

 

 

 

 

Zapisz

piątek, 18 sierpnia 2017

 

 

 

 

 

 

 

Wyprawa na Podlasie - jak co roku, a od dwu lat z dwojgiem dzieci :)

To po prostu powrót do natury

To życie bez bieżącej wody, choć z elektrycznością.

z kuchnią na fajerki, z ogniem żywym rozpalanym drewnem i szczpapkami żywicznymi z sosny.

To życie z myciem się w misce deszczówki, albo tej zasięgniętej wiadrem ze studni głębinowej.

To życie, gdzie dzieci pół dnia bawia sie w przelewanie wody z kubła do miski i z powrotem, i w gotowanie zupy na szyszkach,

a drugie pół woża się wózkiem na drzewo, biegają za kotem, i szukają malin jagód poziomek kamieni i kijków w lesie, chodząc boso po piaszczystych ścieżkach, drogach i siadając na omszałych kamieniach..

To życie, gdzie codziennie latem jeśli dobra pogoda, widać miliony gwiazd, a nie widać ani jednej latarni..

To życie, gdzie jest cisza w nocy, a w dzień raz na godzinę czy dwie przejeżdża drogą traktor, albo kombajn.

Mieszka się w drewnianej starej chacie u cioci - prababci, je się co bądź, ale głównie z grządki w ogrodzie, i jabłonki za chatą.

I nie ma żadnego sklepu za rogiem. Ale jest las, i dwie sarny, i sokół i bociany nad głową.

Jest zboże, i jest gryka.

A we wsi obok, to znaczy o 10 km, bardziej zaludnionej - są krowy, jest produkcja mleka, większa znaczy, cywilizacja. Ale poza tym są cielaczki, i ta sama ilosć gwiazd nocą..

 

 

 

 

 

 

 

piątek, 13 stycznia 2017

Czytałam w książce u Małgorzaty Brzozy na temat numerologii, że numerologiczne dziewiątki nigdy nie podróżują tak po prostu gdzieś tam, by wypocząć. Natomiast zawsze odwiedzają miejsca, w których kiedyś mieszkały, w innych wcieleniach, które są im jakoś bliskie.. Hmm, to dużo mówi, ja własnie coś takiego czuję, gdy pojawiam się w jakimś kraju na dłużej niż kilka dni. Tak bylo we Francji, w USA na Florydzie, w Meksyku, i na bliskim wschodzie. I w Pakistanie. Czułam się dobrze i między Meksykańczykami, i u Arabów i u Hindusów. Tak , mam ogromną umiejętnośc adaptacji, i lubię się adaptować, lubię mieszkać u tubylców, zyć z nimi. Dlatego cenię to , że mieszkałam w domach ludzi z tych krajów, nie zaś w hotelach. Gdy mieszka się w hotelu, nie da się poczuć tego charakterystycznego "deja vu".. Ale może tylko ja i jakaś inna dziewiątka zrozumie o czym ja tak naprawdę mówię...

poniedziałek, 20 grudnia 2010
książka Elisabeth Gilbert
kupiłam, bo mnie skusiło. podczas spotkania z nią w Empiku kilka miesięcy temu.
nie, nie żałuję, choć mało wtedy miałam pieniędzy na takie zbytki jak książka. ale jest. i kończę niemal.
polecam. bo niby literatura faktu (sama w zasadzie tylko taką pisałam też, ale nie udało mi się odkryć receptury na takie powodzenie wydawnicze i takie zainteresowania, a może po prostu nie jestem pisarką tylko nauczycielką :(
niby więc literatura faktu, ale ciekawa. niby dziennik podróży ale nie do końca. niby trochę jakby proza naukowa, popularno- ale znów zbyt osobista.
misz masz taki typowy
post-moderna.
ale dobrze się czyta, bo nawet w tłumaczeniu (dobry tłumacz!) styl znać dobry

ja czytam, bo mi to bliskie. te wizy, te odesłanie na granicy USA z kwitkiem.. no tak, nie porównując się, też chcieli mnie odesłać z takiego samego powodu. a na granicy meksykańskiej mnie z partnerem aresztowali..
ciekawe jak się historia Gilbert skończy. zapewne pomyślnie jednak skoro postanowiła ją utrwalić w druku 
przypomina mi się taki film. francuski bodaj. Zielona Karta? z Depardieu.. I jak to się skończyło? No chyba jednak źle. Francuza bodaj odprawiono z kwitkiem. a szkoda.
szkoda że ta Północna Ameryka uważa się za pępek świata i raj, którym WCALE NIE JEST
ale nie mnie oceniać... na pewno nie czy rajem jest non stop
bo póki co mam ciągle zakaz wstępu tamże

z Bogiem więc wszyscy którzy kochacie USA
przywieźcie mi może moją gitarę której nie miałam prawa sobie już przywieźć..........




poniedziałek, 25 października 2010
właśnie, byłam. ale opowiem później bo czasu teraz mało.
ale zapraszam na zdjęcia!
ZDJĘCIA Z UKRAINY

poniedziałek, 13 września 2010
minęły dwa dni od rocznicy ataku na World Trade Center 11 września.
jestem Polką. mieszkam w Polsce. ale gdy myślę o tej rocznicy, ściska mnie w gardle. może dlatego, że przypomina mi się, że byłam wtedy w Stanach. prawda - daleko od centrum wydarzań. tego ranka o 9.00 włączyliśmy telewizor i pierwszą wizją była właśnie TA - samoloty, płonące budynki, gruzy, histeria, cuchnąca śmierć...
no tak, właśnie taka była, bo bezsensowna. poza tym miesiąc później byłam znów w New York City, wysiadłam z metra tuż przy wielkim ogrodzeniu strefy Ground Zero, i... zatykało. rzeczywiście i fizycznie nie można było oddychać, nie tylko z przerażenia i wzruszenia. oddech śmierć, swąd, smród, odór śmierci. tak musiało śmierdzieć NON STOP w obozach koncentracyjnych - swąd spalonych ciał... w WTC były jeszcze wszystkie te materiały budowlane, cała chemia i technologia w proszku długo unosiła się jeszcze w powietrzu...

a kilka miesięcy wcześniej te wieżowce były imponujące nawet na moim bylejakim zdjęciu zrobionym z dachu turystycznego autobusu


pamiętam też liczne opowieści moich znajomych, którzy mieszkali w Nowym Jorku. Polki, która w metrze usłyszała, że nie ma możliwości zatrzymania się na jej stacji metra -- w sferze Ground Zero obecnej. i nie było wiadomo dlaczego... a potem wysiadła kilka stacji dalej, i biegła bo była spóźniona do pracy. na szczęście nie pracowała w WTC... tylko w sklepie obok.
inny znajomy opowiadał mi o swojej ciotce, która tego dnia spóźniła się do pracy w biurze w jednej z wież...
to pozytywne historie, innych nie chcę przypominać. bo te słyszało się potem jeszcze długo, wszędzie... można było ryczeć na zawołanie w najmniej chcianym momencie.
tyle
oczywiście tysiąc domniemań co do rzeczywistych sprawców i rzeczywistych powodów ataku czy... nie-ataku
niektóre całkiem prawdopodobne

czwartek, 11 lutego 2010
no to trochę historii o tłustych dniach:

kiedyś dziwiłam się, że na zachodzie obchodzi się raczej tłuste wtorki 
Francja, Kanada, New Orleans w USA - Mardi Gras
znane mi kraje anglojęzyczne - Fat Tuesday

otóż tam Tłusty Wtorek to zawsze ostatni dzień karnawału, dzień przed Środą Popielcową i początkiem Wielkiego Postu oraz 46 dzień przed Wielkanocą. W Tłusty Wtorek obowiązkowo należało upichcić naleśniki.

w Polsce ooo, tu zabawa karnawało trwała zawsze na całego, a szczególnie ostatni tydzień karnawału był świętowany suto zastawionymi stołami i wszelkiego rodzaju tłustościami. potem dopiero tłuste mięsiwa i tłuste pączki w starym stylu czyli pieczone z chlebowego ciasta i nadziewane słoniną, zamieniły się w tłuste słodkie pączki i chrust, albo jak mówi się w mojej rodzinie, faworki. Tłusty Czwartek więc wyznaczał początek ostatniego tygodnia karnawału, tydzień przed Środą Popielcową



 
1 , 2 , 3 , 4